Wszędzie powiewające biało-błękitne flagi na tle niebieskiego nieba nie dopuszczają wątpliwości, gdzie jestem.


Wiosna w pełni, na nagrzanych słońcem wzgórzach jest kolorowo od kwiatów, buczą pszczoły i trzmiele, pachną łąki i pylą trawy. Im dalej na południe, tym cieplej.

Siedząc nad brzegiem Morza Egejskiego zatęskniłam za Bałtykiem...

Nie znam nazwy tych kwiatków.

Ciesząc się wiosną i latem, zapachem piniowych zagajników, kwitnących cytrusów i nagrzanych cyprysów nie spodziewam się niespodzianki pogodowej przed powrotem do kraju.

Wiosenna jazda. I nagle...
...droga na Parnas ;)

W górach Parnas nadeszła nagła zima, zadymki i śnieżyce. Temperatura z +25 stopni spadła do zera. Dobrze, że tylko na kilka godzin.

Znów wyszło słońce, wróciła wiosna. Wszędzie kwitną judaszowce południowe. Znowu można cieszyć się wiosną.
Nazwy tej rośliny nie znam.

Bezimienna wysepka w zatoczce. Oświetlona o poranku wschodzącym słońcem, obserwowana z balkonu pokoiku hotelowego wzbudzała ochotę, by na nią się dostać.


Kanał Koryncki łączy Morze Egejskie z Jońskim.

Most Rio-Antirio, który łączy Peloponez z Grecją kontynentalną robi duże wrażenie.

Saloniki. Patrząc na ten pomnik Aleksandra Wielkiego nie sposób nie pomyśleć o Jeźdźcu Miedzianym i nie zatęsknić do pięknego Pitra. Niestety, greckie duże miasta ładne nie są.
Każdego ranka widziałam mnóstwo biegających ludzi.
Wciąż spotykałam koty i psy. Łagodne, flegmatyczne, nie sprawiające wrażenia mocno wygłodzonych.
Kot z Nauplion.
Gromadka kumpli spotkana w Meteorach.
Nie mogłam napatrzeć się na to towarzystwo.
Żółto-fioletowe bukiety rosły masowo na skałach i starych murach.

Peloponez stoi uprawą oliwek.
Podskubałam nieco liści laurowych, których zarośla są wszędzie, nie po to by stroić w uwiędłe głowę, a do kuchennego użytku.

Meteory.
Nauplion, miłe spokojne przed sezonem miasteczko.
Widok Nauplion z twierdzy Palamidi.
Poranna rytualna filiżanka kawy. Uśmiech za uśmiech, jak zwykle. A nawet cztery za jeden.

Uwielbiam zasiąść w jakiejś ulicznej kafejce przy filiżance mocnego naparu i gapić się na codzienne życie miasteczka.

Widać, że i każdy z psów ma swój odmienny los, nie podejmuję się zgadywać, którego jest lepszy.
Tzw. pracownia ikon, nie wiem, na ile te ikony są pisane z potrzeby duszy, a na ile produkowane dla turystów, podejrzewam to drugie.
Kolejne ziółko, którego rozpasana wszechobecna obfitość budziła moje pożądanie, rozmaryn.
Poranne pogawędki w nadmorskim miasteczku.
Wędrowałam, ile tylko dało się, wśród bujnych dzikich roślin.
Łąki pełne szafirków.
Łąki nadmorskie pokryte są o tej porze roku kwitnącymi miłkami, o ile nie pomyliłam nazwy.


Przedwieczorne landszafciki...

Kolejny wpis będzie o żywych i martwych, czyli antyczne ślady.